Kara w Warszawie   Leave a comment


Wybraliśmy sie na targi turystyki i wypoczynku “Lato 2009″ w Warszawie. Oczywiście pojechaliśmy samochodem, trzeba przecież zabrać całe wyposażenie stoiska, dekoracje, materiały reklamowe i mnóstwo innych, bardzo ważnych i potrzebnych rzeczy.

Dobrze, że jesteśmy otoczeni dobrymi i życzliwymi ludźmi. Dobra, ciepła dziewczyna znajoma przeprowadziła nas, jadąc przodem przez całą Warszawę. Sprawdziła, że zaparkowaliśmy, że jest wszystko w porządku. Szczęśliwi, że dotarliśmy na Marszałkowską bez żadnych przeszkód, puściliśmy się w drogę na wschodnią stronę Warszawy, na hale targowe przy ulicy Marsa.

I tutaj skończyła się sielanka…

Jazda autem przez naszą stolicę to jakis koszmar z nocnych mar.

Nie dość, że daleko, nie dość, że oznaczenia w mieście fatalne, to jeszcze wszystko w remontach, rozkopane, wszędzie zmiany w organizacji ruchu… Jednak dojechaliśmy na Marsa, po półgodzinnej jeździe z centrum.

No to wracamy. Nadszedł wieczór, pora jechać spać do kolejnych dobrych i ciepłych ludzi – na wschodnich krańcach Warszawy. Do pokonania w niesamowitym tłoku i korkach mamy 35 km.

Ruszamy. Jedziemy już blisko 45 minut.

Mąż: Ale komuś się coś fajczy w aucie, czuć jak cholera.

Ja: To dopiero ktos niefarta ma, toż to środek Trasy Łazienkowskiej, co on teraz zrobi?

Mąż: Kurczę, ale capi, gdzie to?

Ja: …

Mąż: Cholera, to nasze auto się pali!!!

Jeszcze się nie paliło, ale dym już walił z kół jak się patrzy, a smród mówił wszystko o tym, z czego robi sie opony.

No to stoimy na środku. Na szczęście warszawscy kierowcy jakoś rozumieją sytuację i nawet nie trąbią na nas, starają się spokojnie nas omijać. Zjeżdżamy pomaleńku w pierwszą dostępną boczną uliczkę, stajemy.

No i co teraz? Jest godzina 18, wszyscy mechanicy właśnie wychodzą do domów z pracy. Nawet nie wiemy, gdzie by tutaj szukać mechanika. Równie dobrze mogło się nam to auto zepsuć w Honolulu!!!

Mąż idzie na pobliską stację benzynową, ale niczego sensownego nie dowiaduje się. Ja się nudzę i wściekam na Warszawę, czekając na niego w aucie. Machinalnie obracam w rękach prawie na siłę wrzucone nam na skrzyżowaniu ulotki. I nagle… mój wzrok zatrzymuje się na jednej z nich. Reklama serwisu opon samochodowych i przeglądów!!!

Szczęsliwa, łapię za telefon (komórka – jakaż to fantastyczna rzecz!) i wykręcam numer z ulotki.

Ja: Dzień dobry, czy pracujecie jeszcze, panowie?

Pan: Nie, właśnie do domu się wybieramy…

Ja (radośnie): Bo nam auto stanęło na środku Trasy Łazienkowskiej i dymi spod kół.

Pan (z żywym zainteresowaniem): A pali się?

Ja (nieco zawiedziona): Nieeee…

Pan (drążąc temat): I stoicie państwo na tej Trasie Łazienkowskiej?

Ja (dumna z własnej operatywności): No nie, zjechaliśmy juz jakoś w boczną ulicę.

Pan (straciwszy zainteresowanie – w końcu nie pali się): No to ja mogę pani dać numer telefonu do pomocy drogowej…

Pomoc drogowa – 150 zł za przewiezienie na lawecie do warsztatu.

Mechanik – 350 zł za naprawienie hamulców.

Mieszkać w Warszawie – to wieeeeeelka kara.

Advertisements

Posted 15 Styczeń 2010 by podsosnami in Dookoła naszego kawałka świata

Tagged with , ,

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: